Zbozień: Za kask zapłaciłem sam

Śląsk Wrocław - Piast Gliwice
Śląsk Wrocław - Piast Gliwice fot. ASInfo

Do tej pory był zwykłym, szarym ligowcem. Dziś jednak wszystko zmieniło się o 180 stopni. Nie ze względu na niespodziewaną wygraną Piasta ze Śląskiem (3:1) ani nawet ze względu na strzelonego przez Damiana Zbozienia gola. Z tłumu wyróżnił go… kask!

Czytaj dalej…

Zwyciężyliście we Wrocławiu ze Śląskiem, ale chyba nie spodziewaliście się, że fatalną serię przełamiecie na boisku mistrza Polski i to strzelając mu trzy gole?

Damian Zbozień (Piast Gliwice): – Te trzy punkty są dla nas bardzo ważne. Wszyscy powtarzaliśmy sobie, że nieważne jak, ale trzeba wywieźć z Wrocławia choćby punkt. Nie ukrywaliśmy przed meczem, że remis byłby dla nas dobrym rezultatem, ale udało się zdobyć trzy oczka, z czego bardzo się cieszymy.

Co mówiliście sobie w szatni? Prowadzenie do przerwy 2:1 znacie choćby z Warszawy. Tam jednak nie udało się dowieźć korzystnego rezultatu do końca spotkania…

– Nie było mnie w Warszawie, ale we Wrocławiu było bardzo gorąco. W szatni każdy krzyczał, motywował się. Powtarzaliśmy jednak cały czas, by nie były to puste słowa. Żeby nie okazało się, że krzyczymy, wychodzimy i w 46. minucie tracimy bramkę. Tak było z Ruchem Chorzów… Nie chcieliśmy tego powtórzyć i myślę, że dobrze wyszliśmy na drugą połowę. Przetrzymaliśmy początek, Śląsk nie mógł sobie nic stworzyć. Później zepchnął nas trochę, było kilka rzutów rożnych i to był taki moment kulminacyjny, który przetrwaliśmy. Dołożyliśmy jeszcze trzecią bramkę i zwyciężamy na boisku mistrza Polski. To coś bardzo fajnego dla nas, ale również dla klubu, w którego historii ten triumf się zapisze.

Przy akcji bramkowej spodziewałeś się, że Waldemar Sobota może w taki sposób ułatwić ci zadanie?

– Szczerze? Średnio kojarzę tę sytuację. Poszedłem do końca, bo trzeba iść do końca. Nagle znalazłem się sam przed bramkarzem i uderzyłem na siłę. Ale nie mogę tego analizować, bo nie bardzo kojarzę, jak to się wszystko stało.

Wzorowaliście się na Zagłębiu Lubin, które przed dwoma tygodniami również zagrało ze Śląskiem wysokim pressingiem i agresją, za co zostało nagrodzone trzema punktami?

– Nie, nie, wysoki pressing i agresja to nasz styl! Tak gramy od początku sezonu, co można zobaczyć w powtórkach. Wiedzieliśmy jednak przed meczem, że Zagłębie tu wygrało, a skoro oni byli w stanie, to czemu nie my? Pokazaliśmy w tym sezonie, że możemy grać z każdym. Styl tym razem był gorszy, ale są trzy punkty. Dla beniaminka to coś niesamowicie ważnego. Za parę miesięcy nikt nie będzie mówił o naszym stylu, tylko każdy będzie patrzył ile mamy punktów. Nikt nie będzie nas chwalił za piękną grę na Legii, bo nikt nie będzie już o tym pamiętał.

Gorąco dyskutowało się o twoim występie w kontekście kontuzji sprzed trzech tygodni. Doznałeś mikrourazu czaszki, a to dość poważna sprawa…

– Szczerze mówiąc, kiedy czytałem przed meczem te wszystkie artykuły to troszeczkę się zacząłem stresować. Sam nie podchodziłem do tego tematu tak skrupulatnie. Wiadomo, że prasa musiała pisać, bo łatwo sprzedają się tematy kontrowersyjne. Zaczęto wywierać presję na trenera, a w mojej głowie również zaczęły się kłębić jakieś negatywne myśli. Ale ja przez cały tydzień nie odczuwałem żadnego bólu. To była moja prośba, moja decyzja. Kupiłem kask i zagrałem na maksa. Nie grałem jakoś super, ale strzeliłem gola i z tego się cieszę.

Sam kupiłeś kask?

– Tak, kupiłem go za własne pieniądze, bo trzeba w siebie inwestować. Bardzo zależało mi, żeby zagrać, a bez kasku nie było to w ogóle realne. Trenerzy nie chcieli, żebym grał, powiedzieli, że to dla mnie koniec rundy. Ja się zbulwersowałem, zapytałem: jak to koniec rundy?! Przecież pierwsza diagnoza mówiła o tym, że wrócę na ostatnie dwa spotkania! Wymyśliłem więc ten kask i kupiłem go w internecie. Nie chciałem obciążać klubu, bo nie było takiego sensu.

W kolejnych meczach również będziesz występował w kasku?

– W kasku będę występował do końca stycznia. Doktor powiedział, że kość zrasta się przez trzy miesiące i muszę grać do końca w takim kasku. Wiadomo, jest to mikropęknięcie, ale kask łagodzi uderzenia.

Na Stadionie Miejskim we Wrocławiu Piast zagrał tak dobrze czy Śląsk tak źle?

– Nie lubię takich wypowiedzi. Tak samo pytano po Wiśle, pytano czy my graliśmy tak dobrze, czy oni tak słabo. Ja skupiam się na naszym zespole. Zrobiliśmy to, co mieliśmy zrobić. Wiedzieliśmy, że sytuacji nie będzie zbyt wiele i kiedy będą, trzeba je wykorzystać. Tak zrobiliśmy, a z tyłu zagraliśmy wreszcie konsekwentnie, by uniknąć frajerskich bramek, które zdarzały się nam w poprzednich spotkaniach. Ostatnio brakowało nam szczęścia, ale ja uważam, że życie zawsze oddaje i dziś na pewno w jakimś stopniu szczęście również nam pomogło.

Jesteście beniaminkiem, ale swoją grą na początku sezonu zaskoczyliście wielu. Jakie są cele Piasta, ale takie szczere, żeby nie mówić, że ciągle liczycie na utrzymanie…

– Ale my przede wszystkim liczymy na utrzymanie. Gramy fajnie, wszyscy nas chwalą, ale może to jeszcze jest taki rozpęd z pierwszej ligi? Tak się mówi, kiedy beniaminek wchodzi do gry… Mamy młody i bardzo ambitny skład. Wiadomo, że chciałoby się kiedyś grać o coś więcej. Mi się marzy walka o mistrzostwo Polski. Jestem młodym zawodnikiem, nie mam jeszcze trzydziestki na karku i wierzę, że kiedyś taki cel osiągnę. Ale to jest Piast, musimy patrzeć realnie. Mamy swój cel – utrzymanie. Chociaż w Gliwicach buduje się coś naprawdę fajnego i wierzę, że w przeciągu kilku lat Piast powalczy o poważniejsze cele.

Rozmawiał i notował Przemysław Mamczak

Komentarze