Michał Probierz: Robiono ze mnie oszołoma, a okazało się, że mam rację

Michał Probierz
Michał Probierz fot. Grzegorz Wajda

– Robiono ze mnie oszołoma. A gdy kiedyś Mourinho powiedział, że na mecz z Barceloną trzeba podwyższyć trawę, był wizjonerem. U nas byłby śmiech i słowa “jeszcze brakuje tego, by trawa wygrywała za piłkarzy” – mówi w rozmowie z Goal.pl Michał Probierz.

Czytaj dalej…

  • Piątkowe derby Krakowa będą kolejnymi, do których to Cracovia przystąpi w roli faworyta. W przeszłości bywało różnie, ale zaufanie, jakim Janusz Filipiak obdarzył Michała Probierza, jest ogromne
  • – Z poprzednimi trenerami układało mu się różnie, ale też wiem, ile razy rozmawialiśmy przez ostatnie lata o obranym przez nas kierunku i wychodzi na to, że jesteśmy zgodni – mówi nam sam zainteresowany
  • Z trenerem Pasów rozmawiamy także o krytyce, słynnym wpisie na Twitterze, stosunku do dziennikarzy i stylu gry Cracovii, na co słyszy się sporo narzekania

Cracovia bywała na ostatnich miejscach w tabeli, przegrywała derby… Jak pan to zrobił, że Janusz Filipiak nigdy w pana nie zwątpił? Przed pana erą nie miał problemu ze zwalnianiem trenerów.

Pewnie trzeba byłoby o to spytać pana profesora. Z poprzednimi trenerami układało mu się różnie, ale też wiem, ile razy rozmawialiśmy przez ostatnie lata o obranym przez nas kierunku i wychodzi na to, że jesteśmy zgodni. Choć nie ukrywam, że nie zawsze szło wszystko po naszej myśli. Jak choćby w poprzednim sezonie, gdy wydawało się, że powalczymy o mistrzostwo, a tę szansę zaprzepaściliśmy.

Profesor Filipiak ze zwalnianiem się ustatkował, ale to generalny trend w Ekstraklasie. Grubo ponad połowa ligi ma trenerów, którzy prowadzą zespół dłużej niż rok. Ma pan poczucie, jako ten, który wiele razy stawał w obronie szkoleniowców, że szanuje się was bardziej niż kiedyś?

Przede wszystkim podniósł się poziom zatrudniania, większą wagę przykłada się na kwestię dobierania odpowiednich trenerów do klubu. Fakty też są takie, że skoro spada tylko jedna drużyna, to nerwowość u prezesów jest dużo mniejsza. Natomiast niewiele się zmieniło w tych wszystkich kanałach społecznościowych, z Twitterem na czele. Tam regularnie ludzie wyżywają się na nas.

No właśnie, Twitter. Minął ponad tydzień, głowa jest już bardzo chłodna. W tamtej dyskusji dziś użyłby pan tych samych słów?

Tak, nie mam z tamtą sytuacją żadnych problemów. Pod każdą moją opinią podpisuję się jako Michał Probierz. Nie jest też tak, że gotuję się, gdy ktoś mnie krytykuje, bo przecież ma do tego prawo. Chętnie nawet z taką osobą podyskutuję. Ale nigdy nie zaakceptuję obrażania mnie. Boli mnie to, że jest na to generalne przyzwolenie. Niech pan zobaczy na tytuły artykułów w mediach po tamtym spięciu. Nigdzie nie znalazłem nic w rodzaju “chamski atak na trenera”, tylko “trener odezwał się wulgarnie”. Zrobiłem to świadomie, by powiedzieć “dość”.

To pana wkurza najbardziej?

Nie, są przecież rzeczy dużo ważniejsze, na które zwracam uwagę od lat. Nawet ostatnio w Canal Plus pokazali jakiś mój wywiad sprzed 20 lat, gdy jeszcze jako piłkarz pracowałem z dzieciakami. Już wtedy mówiłem, że jeśli mocno nie postawimy na szkolenie, to będziemy zaraz płakać. To się potwierdziło, mimo że robiono ze mnie oszołoma, gdy apelowałem, by szkolić trenerów, tworzyć bazy. Mam wrażenie, że gdyby słowa o lotnisku powiedział ktoś inny, byłoby to odbierane zupełnie inaczej, pozytywnie. Dam panu przykład. Kiedyś Mourinho powiedział, że na mecz z Barceloną trzeba podwyższyć trawę i robiono z niego wizjonera. U nas byłby śmiech i słowa “jeszcze brakuje tego, by trawa wygrywała za piłkarzy”. To są takie niuanse, na szczęście to też się zmienia.

Często czyta pan gazety i łapie się za głowę: przecież ci dziennikarze w ogóle nie znają się na piłce?

Nie, absolutnie. Przede wszystkim nie wrzucałbym wszystkich dziennikarzy do jednego worka. Jest cała grupa ludzi, z którą bardzo lubię dyskutować, a że pojawią się jakieś jednostki, do których zdania jest mi daleko? To normalne. Poza tym wszystko weryfikuje czas – to, co dziś ktoś napisze, jutro może okazać się nieaktualne. Tak samo jak jakaś moja opinia sprzed 10 lat nie musi już być wiążąca. Dziennikarze mają trochę łatwiejszą rolę, zawsze się śmieję, że nigdy nie przegrali meczu, bo zawsze wygrali go po. Właściwie to irytuje mnie tylko jedno.

Co takiego?

Gdy ktoś pisze, że trener zrobił niezrozumiałą zmianę, a nawet nie spyta, z czego ona wynikała. Często jest tak, że sam zawodnik chce zejść, a później czytam, że zdjęcie go to był mój błąd. Albo widzę komentarze, że Probierz wystawił dziwną jedenastkę, a ja wiem, że szyłem z tego, co miałem, bo dwóch piłkarzy w ostatniej chwili wyleciało przez jakiś drobny uraz. Czasem snuje się jakieś teorie o konfliktach, których nie ma, ale to się dobrze sprzedaje. Przez tyle lat można się już do tego przyzwyczaić.

Gdyby wzorem PZPN i Jerzego Brzęczka miał pan nakręcić film o kulisach swojej pracy, wybrałby pan tytuł “Niekochany”?

Nie, ja naprawdę widzę też konstruktywną krytykę. Poza tym otrzymuję mnóstwo pozytywnych sygnałów, wielu ludzi mnie broni, na pewno nie jest tak, że wszyscy mnie nie lubią. Dla mnie i tak najważniejsze jest lustro. To, czy umiem przed nim stanąć i powiedzieć, że zrobiłem wszystko najlepiej, jak mogłem.

Zdarzyło się kiedykolwiek, że nie zdał pan takiego testu?

Nie przypominam sobie. Decyzje, które podejmowałem w danym momencie, zawsze wydawały mi się najlepsze. Dopiero po fakcie mogło okazać się inaczej.

Odesłanie Mateusza Wdowiaka do rezerw to wyraz utraty zaufania do tego piłkarza?

Postanowiliśmy postawić na zawodników, którzy wiążą przyszłość z Cracovią i chcą się tutaj rozwijać. Względy sportowe decydują o postawieniu na zawodników którzy chcą wiązać swoją przyszłość z Cracovią. Plany budowy zespołu sięgają przecież dalej niż do końca tego sezonu, dlatego z rezerw wzięliśmy choćby Patryka Zauchę, który się tam wyróżniał. Rotacje między pierwszą a drugą drużyną są naturalne. Do rezerw jakiś czas temu zesłaliśmy Daniela Pika, ale wrócił i strzelił gola w Pucharze Polski.

Profesor Filipiak ostatnio powiedział dla Onetu, że nic nie stało na przeszkodzie, by Wdowiak rozgrywał w rezerwach dobre mecze, ale on był w nich fatalny, więc tam został. Jakby sugerował, że Wdowiak mógł wrócić, ale sam o to nie zadbał…

Ten temat ciągnie się już bardzo długo. Trzeba go zakończyć.

Za chwilę zakończymy, ale chciałbym dopytać jeszcze o dwie kwestie. Pan niedawno mówił, że w przeciwieństwie do osób z zewnątrz, uczestniczył w rozmowach z Wdowiakiem, Januszem Golem, Javim Hernandezem, czy Miroslavem Covilo i dlatego drażni pana zero-jedynkowa ocena z zewnątrz. Cracovia ma naprawdę aż tak wielkiego pecha do piłkarzy, że idole trybun nagle stają się persona non grata?

W każdym klubie są czasem problemy i zawodnicy w różnych okolicznościach odchodzą. To jest normalne. Szkoda, że tak się dzieje, tym bardziej, że wielu zawodników wykorzystuje tę sytuację, bo wiedzą, że kibice staną po ich stronie.

Pozwolę sobie zacytować słowa Marka Wawrzynowskiego i chciałbym, by pan się do nich odniósł. “Z tej sprawy Wdowiaka będą konsekwencje, których w Cracovii jeszcze nie ogarniają. Każdy młody zawodnik zastanowi się pięć razy zanim wybierze ofertę klubu. A jeśli będzie miał inną na stole to pewnie wybierze inną. To co robi zarząd klubu to strzelanie sobie w stopę”.

Pan redaktor ma prawo mieć swoje zdanie, ale z mojej perspektywy nie widzę tego problemu. Rozmawiamy z piłkarzami i są chętni, by do nas przychodzić. Mamy bazę, która się rozwija, jesteśmy klubem bez problemów z płatnościami, mogę śmiało powiedzieć, że jest sporo młodych zawodników, którzy chcą do nas przejść.

Czuł się pan kiedyś słusznie skrytykowany?

Nie ma takiej możliwości, by nie robić w piłce błędów. Ja sam często jestem krytyczny do samego siebie. Sam myślę: w tamtym momencie meczu mogłem zareagować inaczej. Śmieszy mnie tylko, gdy ktoś mówi, że jestem arogantem. Ja po prostu często mówię swoje zdanie i nie liczę, że wszystkim się będzie podobać. Tak samo jest ze stylem. Jak słyszę, że go nie mamy, bo tylko dośrodkowujemy, to ja odpowiadam: czyli jednak ten swój styl mamy. Jest oparty na akcjach skrzydłami, zdobywamy z tego bramki. Gdyby robił to Manchester United, byłoby to fenomenalne. Nie każdy musi grać jak Barcelona i rozgrywać krótko po ziemi.

Przed naszą rozmową spytałem kibiców na Twitterze, o co chcieliby pana zapytać. W odniesieniu do tego, co pan teraz mówi, zacytuję jedno pytanie. “Ile lat musi pan pracować w Cracovii, żeby ona zaczęła próbować grać w piłkę skoro w czwartym sezonie Cracovia dalej wygląda jak drużyna, którą przejąłby pan wczoraj i bazuje na niskim pressingu, ciągłym faulowaniu i stałych fragmentach?”.

Ktoś ma taki punkt widzenia, a ja przynajmniej z jedną częścią się nie zgodzę. Często ostatnio gramy wysokim pressingiem. Po drugie my po prostu bazujemy na tym, że dogrywamy wiele piłek z boku i nie widzę w tym niczego złego. To jest jak z kobietami – jedni lubią blondynki, drudzy czarne. Jedni wolą taki styl gry, drudzy inny. Nie zawsze ma się, co się chce.

Do pucharów tracicie osiem punktów, nic nierealnego do odrobienia mając 19 meczów przed sobą. To plan na resztę sezonu, czy w tak dziwnym roku, gdzie wszystko przez koronawirusa stanęło na głowie, trudno stawiać jakiekolwiek cele?

Dla nas większym problemem od koronawirusa są ujemne punkty. Gdyby pan dodał nam te minus pięć, bylibyśmy na piątym miejscu, mieli trzy punkty straty do pucharów. Na razie nie stawiam podium jako celu. Chcemy dostać się do środka tabeli, a później będziemy patrzeć wyżej.

Czytam raport, w którym widzę, że wartość praw telewizyjnych do Ekstraklasy zajmuje między 8., a 10. miejscem w Europie, a jednocześnie widzę, że wewnętrzny rynek transferowy u nas właściwie nie istnieje. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie ma transferów gotówkowych. Z czego to się bierze i czy ma to jakiekolwiek przełożenie na jakość ligi?

Ma przełożenie na siłę czołowych drużyn. Ostatnio mieliśmy właściwie tylko jeden przykład takiego gotówkowego transferu, gdy Slisz poszedł do Legii. Kiedyś kluby z topu działały inaczej. Pamiętam, jak Wisła z Górnika wzięła nam dwóch zawodników, później sięgnęła po posiłki z Lecha, osłabiając przy tym rywali. Ale czasy się zmieniły i nie chodzi tylko o to, że kluby oduczyły się kupowania piłkarzy z ligi. Wielu młodych po prostu dziś nie jest zainteresowanych takimi transferami, patrzą w kierunku Zachodu i tam chcą wyjechać. Jeśli popatrzy pan na kadrę U-21, zobaczy pan niewielu, którzy zostali w Polsce. My też rozmawiamy z różnymi piłkarzami i widzimy, jak przebierają nogami, by wyjechać. Ostatnio jeden 17-latek powiedział mi, że woli pojeździć na testy po całej Europie i może się gdzieś załapać, choć u nas byłby w kadrze pierwszego zespołu i miał szansę grać. Każdy z tych chłopaków ma marzenia, nie można im ich zabierać.

W piątek derby. Ma to dla pana jakiekolwiek znaczenie, że Wisła przystąpi do derbów z nowym trenerem?

Żadnego. Koncentrujemy się wyłącznie na sobie.

To w kontekście Wisły spytam o pana odczucia. Trenerem Wisły może zostać Peter Hyballa, który półtora roku temu po meczu w Lidze Europy krytykował pana wizję gry. Trochę się spięliście, irytacja wciąż siedzi w panu?

Nie. Ma prawo mówić, co chce. Tak uważał, to tak powiedział. Ale powtórzę – w ogóle nie interesuje mnie co dzieje się w Wiśle, tylko przygotowujemy się do meczu z nimi.

Porozmawiamy o pańskiej ocenie reprezentacji Polski?

Jestem zwolennikiem Jurka Brzęczka i cieszę się, że prezes Boniek zostawił go na stanowisku. Spełnił wszystkie warunki, które zostały mu postawione, ze zmianą pokolenia na czele. Wielu naszych piłkarzy dopiero buduje swoją pozycję w klubach, więc trzeba cierpliwie czekać, aż wszystko zmieni się na lepsze.

Pana nazwisko zawsze pojawia się na giełdzie w kontekście kadry, ale pan zawsze to ucina krótkim: nie jestem zainteresowany. Spytam zatem, oczywiście w kontekście przyszłości: reprezentacja Polski. Nigdy, czy nigdy nie mów nigdy?

Nie namówi mnie pan na to. To jest dyskusja o odległym czasie, długie planowanie nie ma sensu. W jednej z moich ulubionych książek Sztaudyngera jeden rozdział jest poświęcony przeszłości i przyszłości, z wnioskiem, że za dużo się nimi zajmujemy, zamiast żyć teraźniejszością. Na tę chwilę liczy się tylko Cracovia.

A pana książka kiedy się ukaże?

Piszę sobie ją powoli, nie jest to nic, co by mnie jakoś szczególnie podniecało.

Komentarze