Michał Koj: W Grecji wszystko wygląda inaczej

Michał Koj
Michał Koj PressFocus

Co wspólnego ze sobą mają Arkadiusz Głowacki i Michał Koj? Jeżeli ktoś rzuciłby im cegłę czy kamień, oni i tak zagłówkują. Obrońca Górnika nie zamierza się przyrównywać do legendy Wisły, jednak niezaprzeczalnie jest jednym z najbardziej ambitnych piłkarzy w Ekstraklasie. Nie przestał wierzyć w powrót do futbolu nawet wtedy, gdy lekarze wieszczyli koniec jego kariery. W Atenach poznał inne spojrzenie na futbol, co pomogło mu rozwinąć skrzydła na rodzimych boiskach. Gdyby nie urazy, zaliczyłby kilka sezonów w klubach z greckiej czołówki, a Nawałka z pewnością zadzwoniłby do niego z powołaniem do kadry.

We wrześniu 2016 roku doznał poważnego urazu głowy, który mógł zakończyć jego piłkarską przygodę. W październiku 2020 roku zderzył się z Evangelou, a nie tak dawno, w lutym, w meczu z Legią, ucierpiał w starciu z Szabanowem. Tytuł największego twardziela Ekstraklasy wygrał w cuglach. Mimo niezliczonej liczby nieszczęśliwych kontuzji, które zastopowały rozwój jego kariery, nigdy nie zamierzał się poddać. “Każdy zawodnik powinien dawać z siebie wszystko i walczyć do końca” – to słowa, które w doskonały sposób opisują jego podejście do piłki. W Panathinaikosie miał okazję nie tylko sprawdzić, jak funkcjonuje klub, który gra w Lidze Mistrzów, ale także porównać polski system szkolenia do greckiego odpowiednika.

Stawiam odważną tezę – gdyby nie kontuzje, Michał Koj miałby za sobą kilkadziesiąt spotkań w greckiej ekstraklasie, w klubach z czołówki.

Była ku temu szansa, jednak gdy zaczęły pojawiać się problemy zdrowotne, okazje na grę malały, nie wróciłem do formy sprzed kontuzji, na dodatek pojawił się kryzys, co spowodowało mój powrót do Polski. Mimo wszystko myślę, że zgodziłbym się z tą tezą.

We wrześniu 2016 roku doznał Pan poważnego urazu głowy, który mógł zakończyć piłkarską karierę. W październiku 2020 roku zderzył się pan z Evangelou, a nie tak dawno, w lutym, w meczu z Legią, ucierpiał Pan w starciu z Szabanowem. Tytuł największego twardziela Ekstraklasy wygrał Pan w cuglach.

Niekoniecznie. Tutaj gra wielu twardych zawodników, którzy nigdy się nie poddają, a gdyby w takiej trudnej sytuacji jak niegdyś moja, istniała możliwość gry w piłkę, nadal by to robili. W 2016 roku mój powrót na boisko był oceniany 50 na 50. Na szczęście się udało i wszystko jest w porządku. Jest to sport kontaktowy i każdy musi się liczyć z tym, że takie rzeczy mogą się przydarzyć.

Niegdyś trener Smuda mówił o  Arkadiuszu Głowackim, że gdyby ktoś mu rzucił cegłę czy kamień, on i tak zagłówkuje – czy zamiast nazwiska legendy Wisły możemy wstawić tam nazwisko Koj?

Nie byłoby z tym problemu. Gdyby trzeba było zagłówkować, zrobiłbym to, nieważne jak i w jakiej sytuacji. Każdy zawodnik powinien dawać z siebie wszystko i walczyć do końca. Myślę, że można tam wstawić moje nazwisko, jednak do Arka nie mogę się porównywać, ponieważ to był prawdziwy ligowy twardziel.

W Zabrzu nosi Pan opaskę kapitana. Rola „formalnego” przywódcy to ciężar, zaszczyt, motywacja?

To ogromny zaszczyt być kapitanem tak wielkiego klubu. Także motywacja – jestem chłopakiem stąd, więc ludzie patrzą na mnie w dwojaki sposób – jako kogoś z ich otoczenia i kapitana, przywódcę drużyny. Staram się wywiązywać ze swoich obowiązków w najlepszy sposób. Tak jak powiedziałem wcześniej – to ogromny zaszczy noszenia opaski w jednym z najlepszych klubów w Polsce.

Cały wywiad znajdziecie w serwisie goal.pl.

Komentarze