REKLAMA
REKLAMA

Szef lidera Ekstraklasy: Mamy chłodne głowy, o tytuł grają Legia i Lech

dodał: Przemysław Langier  |  źródło: Goal.pl  |  21.11.2020 12:50
Szef lidera Ekstraklasy: Mamy chłodne głowy, o tytuł grają Legia i Lech

Michał Świerczewski  |  fot. PressFocus

Nowy profil goal.pl na Facebooku!
- Mamy chłodne głowy. Koncentrujemy się na tym, jak będzie wyglądać najbliższy mecz, a nie tabela na koniec rozgrywek. Bardzo realnym celem wydaje się być miejsce w pierwszej siódemce, a wszystko, co powyżej będzie po prostu cieszyło. Nie jesteśmy faworytem w walce o europejskie puchary. Na mistrzostwo Polski największe szanse mają Legia i Lech, a przed nami jest jeszcze kilka klubów z większym budżetem i tradycją - mówi w wywiadzie udzielonym Goal.pl Michał Świerczewski, właściciel Rakowa Częstochowa.

  • Raków po 9. kolejkach jest liderem Ekstraklasy
  • Michał Świerczewski mówi wprost, że jest to miejsce ponad obecny stan klubu, dzięki czemu nie ma żadnej presji wyniku
  • W rozmowie z Goal.pl odnosi się do kilku kwestii: stadionu w Częstochowie, rozstania z Dominikiem Ebebenge, afery po słowach Czesława Michniewicza oraz... roli Jerzego Brzęczka w doprowadzeniu Rakowa na szczyt Ekstraklasy


Bogusław Leśnodorski ratując kiedyś Wisłę Kraków powiedział: na Wiśle nie da się nie zarobić. A jak jest z Rakowem?

Zdecydowanie trudniej. Jesteśmy klubem z mniejszego miasta, z mniejszym stadionem, z mniejszą liczbą kibiców. Zarabianie na Rakowie byłoby trudne, ale nie o zarobek tutaj chodzi. Bardziej o realizację marzeń i robienia czegoś dla lokalnej społeczności.

Czyli bliżej panu do modelu właściciela jak Bogusław Cupiał, który ładował w klub pieniądze, by być najlepszym, a nie by docelowo zarobić?

Myślę, że jestem gdzieś pośrodku między takim modelem, a tym, w którym klub ma być samowystarczalnym przedsiębiorstwem. Cały czas do Rakowa dokładam pieniądze, natomiast dążę do tego, by budżet się bilansował.

Pana firma czerpie realne korzyści z bycia sponsorem Rakowa?

Od momentu, w którym weszliśmy do Ekstraklasy, rozpoznawalność marki jest dużo większa, niż w I lidze, więc mogę powiedzieć, że już tak. Dwa lata temu zwrot z inwestycji ze środków przekazywanych na klub był dużo niższy. Jesteśmy coraz bliżej czasów, w którym ekwiwalent reklamowy jednoznacznie pokryje się z wydawanymi kwotami.

Więcej czasu poświęca pan na sprawy związane z firmą, czy Rakowem?

Z firmą.

Da się oszacować, ile pieniędzy wydał pan na Raków od momentu zainwestowania w ten klub?

Oczywiście, umiałbym podać taką kwotę z dokładnością do 200-300 tys. zł, ale wolałbym, by zostało to tylko dla mojej wiadomości.

Na Twitterze opisuje się pan jako marzyciel. O czym pan marzy?

O europejskich pucharach z Rakowem. Chciałbym kiedyś też wznieść Puchar Polski. Choć nie wiem, czy to marzenia, czy po prostu cele. Uważam, że realne do spełnienia.

Już w tym sezonie? Wasz plan zakładał miejsce w górnej połowie tabeli, ale skoro po rozegraniu niemal jednej trzeciej sezonu jesteście liderem, można weryfikować.

Nie, mamy chłodne głowy. Koncentrujemy się na tym, jak będzie wyglądać najbliższy mecz, a nie tabela na koniec rozgrywek. Bardzo realnym celem wydaje się być miejsce w pierwszej siódemce, a wszystko, co powyżej będzie po prostu cieszyło. Zdajemy sobie sprawę, że europejskie puchary są w naszym zasięgu, natomiast nie jesteśmy faworytem w walce o nie. Na mistrzostwo Polski największe szanse mają Legia i Lech, a przed nami jest jeszcze kilka klubów z większym budżetem i tradycją. To nie jest dla nas jakaś trudna sytuacja, bo w obecnym sezonie nie możemy wiele stracić, za to możemy wygrać. Gramy bez presji.

Budżety, czy nazwiska w poszczególnych klubach to jedno, ale to wy gracie najfajniejszą dla oka piłkę. Nikt nie jest nawet blisko waszego dorobku bramkowego, mało kto traci mniej. Nie wierzę, że w głowie nie świta myśl: przecież my możemy teraz wygrać tę ligę.

Biorę pod uwagę, że możemy być pierwsi, tak jak przed sezonem dopuszczałem myśl, że możemy być ostatni, ale wciąż wydaje mi się, że mistrzostwo Polski bardziej jest w zasięgu Legii i Lecha.

Z marzeniami trzeba uważać, bo lubią się spełniać. Pan kupno Rakowa zamarzył sobie u schyłku lat 90...

Może nie tyle zamarzyłem, a zrobiłem sobie wewnętrzną obietnicę, gdy spadaliśmy z ówczesnej I ligi. To był duży cios dla naszej społeczności, postanowiłem wtedy, że kiedyś wprowadzę do elity.

To jednak zaskakujące, że rozmawiamy o Rakowie jako liderze Ekstraklasy, a jeszcze stosunkowo niedawno przegraliście w II lidze z GKS Tychy 1:8. Po tym meczu miał pan uderzyć pięścią w stół i powiedzieć dość bylejakości. Z perspektywy czasu był to jakiś przełom w obecnych dziejach klubu, czy zdarzenie bez większego wpływu na losy Rakowa?

Raczej to pierwsze. Traktuję tamten mecz jako bardzo cenną nauczkę pokazującą, że amatorka nigdy się nie obroni. Jasno wyszło, że piłka nożna nie jest tak odległa od innych dziedzin życia, jak mogłoby się wydawać. Jeśli nie ma pracy, pasji i wiedzy, nie ma szans, by coś zafunkcjonowało. Ta porażka była sygnałem do zmian na wielu poziomach, bardzo pomogła w rozwoju Rakowa.

Poszliście w dobrą stronę, ale piłka to emocje większe niż te w innych dziedzinach życia. Zdarzyło się, że pod ich wpływem przyszedł impuls i pomyślał pan: po co mi to wszystko?

Były, na szczęście krótkie. Po niektórych porażkach nie mogłem się pozbierać przez dwa dni. Ale obok zdecydowanie częściej idzie radość i świadomość, że rzucając to wszystko, straciłbym dostęp do emocji, o których pan mówi. Czarne myśli szybko zatem odchodzą na bok. Zauważam też, jak się zmieniam. Dawniej spokojniej podchodziłem do meczów, teraz coraz częściej się denerwuję przed pojedynkiem. Mogę mówić, że nie ma na nas nałożonej wielkiej presji, ale mimo wszystko ja odczuwam stawkę, o jaką gramy.

Przygotowując się do naszej rozmowy, szukałem informacji o panu i w pewnym momencie doszedłem do wniosku: Michał Świerczewski nie tylko jest właścicielem klubu, ale tak po prostu zna się na piłce. Dużo pan mówi o taktyce, o roli piłkarzy w poszczególnych sektorach boiska, widać, że nie jest panu obojętne, jakim ustawieniem gracie itp. To przeszkadza, czy pomaga? Zdarza się panu wewnętrzna irytacja, gdy trener Papszun dokonuje takiego, a nie innego wyboru?

Nieskromnie zgodzę się, że faktycznie znam się na piłce i pewnie wśród właścicieli klubów trudno byłoby znaleźć kogoś, kto tak mocno wchodzi w detale jak ja. Na szczęście wizja moja i trenera Papszuna jest zbieżna pewnie w ponad 90 proc., rzadko się ze sobą nie zgadzamy, choć do takich sytuacji czasem dochodzi. Nie ingeruję w pracę trenera, nigdy nie wymagam, by do moich rad się zastosował, ale swoje zdanie mu wtedy przedstawiam. Myślę, że czasem dobrowolnie z niego skorzystał.

Jaka pana zdaniem jest rola przypadku w futbolu?

Krótkoterminowo ma duże znaczenie, w pojedynczym meczu lub nawet sezonie rola przypadku jest spora. Długoterminowo ten element ma małe znaczenie. Jeśli w każdym sezonie wynik byłby poniżej oczekiwań, trudno byłoby już mówić o przypadku, bardziej o nieodpowiedniej pracy w klubie.

Jeszcze raz się odwołam do słów Bogusława Leśnodorskiego, który wszedł teraz do Motoru Lublin i stwierdził, że niedługo ten klub znajdzie się w Ekstraklasie, bo przy poziomie polskiej piłki, nie da się dobrze zarządzać takim klubem i nie zrobić dwóch awansów. A gdybym spróbował przełożyć to na Raków i spytać: czy przy waszym zdrowym zarządzaniem jest możliwość nieawansowania w najbliższych 3-4 latach do europejskich pucharów?

Nie porównywałbym tego w ten sposób, bo dużo trudniej jest wywalczyć awans do pucharów niż mając budżet Motoru przeskoczyć do Ekstraklasy. W ich przypadku, gdy zapewne staną się na swoim poziomie hegemonem finansowym, sztuką będzie nie wykonać znaczących kroków na przód, my w stosunku do konkurencji mamy ograniczone możliwości finansowe. My pod tym względem jesteśmy kopciuszkiem, brak awansu do pucharów w naszym przypadku wcale nie oznaczałby, że źle wykonujemy swoją pracę.

Jak wygląda proces pozyskiwania nowych piłkarzy do Rakowa przy bardzo ograniczonym, jak pan mówi, budżecie?

Jest dość złożony. Zawodnika najpierw oceniają skauci, ich raport wędruje do szefa skautingu i dyrektora sportowego, którzy opiniują zawodnika. To trafia do trenera, a na końcu transfer jest akceptowany przeze mnie. Przed każdym podpisem prowadzimy kilkuosobową dyskusję, tworzymy burzę mózgów i podejmujemy decyzję. Często nie jest ona kolegialna, ale to ja wciskam lub nie zielony przycisk.

Zdarzyło się panu zaakceptować piłkarza, do którego trener nie był do końca przekonany, ale pana wystarczająco mocno zauroczył?

Nigdy nie pozyskaliśmy zawodnika, którego nie chciałby trener. Bardziej chodziło o to, że trener miał wątpliwości i ktoś musiał podjąć decyzję. Postawić kropkę nad "i".

Czym przekonaliście Iviego Lopeza, człowieka z jednym z najlepszych CV w Ekstraklasie, który z marszu dał jakość?

Myślę, że decydującym aspektem była wizja klubu i nasze ambicje. Przekonaliśmy Iviego, że u nas ma szansę na rozwój. Pokazaliśmy mu też jednoznacznie, że nam na nim zależy.

Przed transferem piłkarze często sprawdzają, gdzie przyjdzie im żyć. Zdarzyło się, że któryś zrezygnował, bo uznał, że woli inne miasto niż Częstochowa?

Tak, choć nie chodziło konkretnie o Częstochowę, a szerszy kontekst - po prostu mniejsze miasto oraz bazę, w tym wypadku stadion. Zawodnik wybrał klub o większej historii i będącym wtedy wyżej od nas. Zdarzało się, że Wrocław i Kraków miały argument, którego nam brakowało, choć nie spotkałem się z tym, by u któregoś zawodnika Częstochowa sama w sobie budziła negatywne odczucia.

Kogo pan w ten sposób nie pozyskał?

Przed obecnym sezonem jednego zawodnika, ale nazwisko zostawię dla siebie. Nie przekonywała go pozycja klubu oraz temat stadionu. Dziś zdecydowanie łatwiej nam konkurować, spodziewam się, że gdyby ten piłkarz dziś miałby decydować: Raków, czy klub, który wybrał, zdecydowałby się na Raków.

Jak będzie wyglądało zimowe okno transferowe?

Być może bardzo dziwnie. Już letnie takie było, bo tematy, które wydawały mi się do załatwienia w ciągu 2-3 dni, przeciągały się do 3-4 tygodni. Obawiam się, że znów będzie trudno pod kątem nieprzewidywalności, choć jest też druga strona medalu - wiele klubów w Europie ma problemy finansowe, co otwiera szanse dla polskich zespołów, by z nimi rywalizować na rynku. Myślę, że pojawi się sporo okazji, nawet jeśli w Polsce też trzeba zaciskać pasa.

Skoro jesteśmy przy transferach - dlaczego z klubu odszedł Dominik Ebebenge?

Byliśmy umówieni na jakiś okres współpracy, na pomaganie Pawłowi Tomczykowi i przekazywanie mu wiedzy. Był wartościowym elementem naszego projektu. Na pewnym etapie nie było już sensu tego kontynuować, bo Paweł świetnie sobie radzi, pomoc Dominika nie była już potrzebna. Ale zaznaczam - od samego początku tak wyglądał plan na tę współpracę i odejście Dominika nie miało nic wspólnego z Motorem Lublin.

Nie boi się pan, że jak kiedyś Marek Papszun odejdzie, trudno będzie znaleźć następcę? Nie jest pan typem właściciela, który po prostu sięga po dostępnych ludzi na karuzeli.

Na pewno nie weźmiemy trenera tylko dlatego, że jest na karuzeli i ma jakieś rozpoznawalne nazwisko. Inna sprawa, że sytuacja wcale nie wygląda różowo, spodziewam się, że trzeba byłoby iść na kompromis i nie wybrać kandydata idealnego, a najlepszego z dostępnych w naszym zasięgu. Odejścia Marka Papszuna się nie boję, to pewnie kiedyś nastąpi, będzie to ekscytujący moment. Zmiany dają zawsze jakiś nowy impuls, ale podkreślam - mam nadzieję, że Marek zostanie z nami jeszcze długo. Wierzę głęboko, że przedłuży kontrakt, który obowiązuje jeszcze 1,5 roku. Oczywiście warunki są dwa - my musimy się rozwijać jako klub, a trener musi być tak zaangażowany, jak w tej chwili.

Jak aktualnie wygląda kwestia stadionu w Częstochowie?

Mamy zapewnienia ze strony wykonawcy, że na początku marca, czyli terminu, który był zapisany, stadion zostanie oddany o ile nie będzie komplikacji pogodowych. Pozostaje nam wierzyć, że wykonawca wywiąże się z umowy.

Co jest największym problemem polskiej piłki?

Ludzie. Mamy zbyt mało osób, które posiadają pasję i wiedzę. Brakuje osób, które chcą dawać z siebie 100 proc.

Gdy umawialiśmy się na wywiad, usłyszałem, że opcja spotkania w Częstochowie nie wchodzi w grę, bo jest pandemia, a pan jest bardzo wyczulony na wszelkie zasady bezpieczeństwa. Muszę zatem spytać - gdy słyszał pan słynne już wypowiedzi Czesława Michniewicza o Igorze Lewczuku i Tomasie Pekharcie, wzburzyła się w panu krew? Żyjecie przecież - jako Raków i Legia - w jednym ekosystemie.

Nie, bo wiem, że to nie są proste tematy. O niektórych rzeczach dowiadujemy się praktycznie "w locie". Podszedłem do całej sprawy z dużą rezerwą i zrozumieniem. Najłatwiej z boku krytykować, ale proszę wierzyć: niektóre rzeczy dzieją się na tyle szybko, że nie chciałbym oceniać tej sytuacji. Nie jestem w jej środku. Na tamto zdarzenie mogło mieć wpływ tyle rzeczy, o których nie wiemy, w których moglibyśmy być nieobiektywni, że najuczciwiej byłoby nie zabierać głosu.

To na koniec wyjaśnijmy jeszcze jedną kwestię, o której jeszcze niedawno się mówiło. Jerzy Brzęczek jest współautorem obecnej pozycji lidera w Ekstraklasie?

Na pewno miał na to jakiś wpływ. Od Jurka sporo się nauczyłem. On również dołożył swoją niemałą cegiełkę do budowania klubu i miejsca, w którym się teraz znajduje. Zwłaszcza pomógł w jego uratowaniu.
OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 0 komentarzy