Latynosi w Bundeslidze

Bartłomiej Rabij
Obserwuj nas w
archiwum prywatne Na zdjęciu: Bartłomiej Rabij

Bartłomiej Rabij, w artykule inaugurującym współpracę z goal.pl, przedstawia losy piłkarzy z Ameryki Południowej w Bundeslidze.

Czytaj dalej…

Brazylia i Niemcy piłkarsko leżą od siebie naprawdę daleko. Tak daleko jak woda od ognia. Zresztą, większość latynoamerykańskich nacji do Bundesligi ma dalej niż do Włoch czy Hiszpanii. W 2020 roku w Niemczech gra ich ze dwa tuziny, czyli dalej Bundesliga jest najmniej popularną z wielkich lig wśród Latynosów. Mimo że, od czasu 7:1 z Brazylią liga niemiecka ma w Ameryce Południowej już inny status.

Wystarczy napisać, że pierwszy brazylijski piłkarz grający w Niemczech pojawił się podczas mundialu dopiero w Italii, w 1990 roku (Jorginho z Bayeru Leverkusen). Po dziś dzień “ci z Bundesligi” mają gorzej niż koledzy występujący w Anglii, Hiszpanii czy we Włoszech. Po prostu, są rzadziej powoływani do reprezentacji Argentyny, Brazylii czy Urugwaju.

Ktoś powie: różnica stylu, brak znajomości realiów, różnice kulturowe… Serio? Sprawdzamy.

Niemcy wśród architektów

Urugwajczyk Carlos Grossmuller pochodził z niemieckojęzycznej rodziny, jasnowłosy Gabriel Heinze też z indiańskiego szczepu się nie wywodził, podobnie jak bohaterowie pierwszego klasyku Gre-Nal czyli najważniejszych derbów południa Brazylii – bracia Poppe, Grunewald, Schroeder, Doppelman, Callfeltz, Becker – nie zostali przywiezieni przez Holendrów niewolniczymi statkami. Ba, wiecie, że swego czasu na południu Brazylii za najlepszy klub uchodził Fussball Porto Alegre?

Niestety, były to czasy, kiedy reprezentacją Brazylii byli tylko zawodnicy z miasta Rio de Janeiro więc wspomnienie popisów synów emigrantów z Cesarstwa Niemieckiego dawno poszło w zapomnienie. A wymiana kadr, myśli i doświadczeń zamarła na dekady. Zresztą, w czasach bez telewizji i internetu transfery zagraniczne były stosunkowo rzadkie, a co najlepsze, Niemców długo na Brazylijczyków nie było stać!

Przecież po wygraniu dwóch z rzędu mundiali, w 1958 i 1962 każdy marzył o Brazylijczyku, ale ci nie u każdego grywać chcieli. Włochy, Hiszpania, Francja i koniec. Pierwszy Brazylijczyk w Bundeslidze? Zeze w 1964 roku. Czyli praktycznie u zarania rozgrywek! Kontrakt-niewypał. Grał przez jeden sezon, strzelił jednego gola i zostawił po sobie wspomnienie faceta “uczulonego na śnieg”. Raul Tagliari trafił do Bundesligi razem z nim, też furory nie zrobił. Na lata zamknęli rynek dla kanarkowych wirtuozów. Bundesliga wówczas nie była “aż tak bogata” za to brazylijskie gwiazdy kosztowały krocie i niewiele klubów w Europie miało pieniądze na ich transfery.

Latynosów w RFN pojawiało się tak niewielu, że kolejnym wartym wzmianki jest Carlos Babington, Argentyńczyk zwerbowany przez Wattenscheid 09 po mundialu w RFN, w 1974 roku. O, i to była wreszcie kilkuletnia, a do tego udana kariera!

Żeby było ciekawiej, Babington, podobnie jak Franz Beckenbauer, jest jednym z niewielu zawodników, potem trenerów a następnie prezydentów klubu, który ich ukształtował. Beckenbauer w Bayernie, Babington w Huracanie Buenos Aires.

Trochę liczniej i trochę ciekawiej było w latach 80. Ale też palców obu rąk wystarczy by wyliczyć wszystkich Latynosów w Bundeslidze! Tita z Leverkusen, a potem późniejszy mistrz świata Jorginho warci są wspomnienia. Kariera tego drugiego doprawdy imponująca, zaryzykowałbym, że był pierwszym Latynosem, który wyrobił sobie światową markę w Niemczech.

Wreszcie połączenie Niemiec… i się zaczęło!

Taki Rodolfo Cardoso we Freiburgu czynił cuda. Potem Werder, potem HSV. Dobrych kilka sezonów w Niemczech, ale w reprezentacji Argentyny dubler, bo konkurencja na środku pomocy była wówczas ogromna.

A Sergia Zarate ktoś pamięta? “El Raton” robił z piłką rzeczy niesamowite, był prawdziwą gwiazdą Norymbergii i miał trochę zbyt krótki epizod w Hamburgerze. Następnie zajął się promocją karier młodszych braci, z których wszyscy trzej trafili do europejskich, acz nie niemieckich klubów. Basualdo? Jeden przeciętny sezon w Stuttgarcie.

Pojedynczy gracze przyjeżdżali z Peru, Urugwaju, ale i tak największe kariery robili Brazylijczcy, by wspomnieć Paulo Sergio z Leverkusen i Bayernu (mistrz świata z 1994), uznanego już na świecie w momencie przyjścia do Bundesligi Dungę z VfB Stuttgart, czy lidera obrony Borussi Dortmund, Julio Cesara, kiedyś brylującego w Juventusie.

Sukces Elbera w Stuttgarcie i transfer do Bayernu, a w między czasie passa zwycięstw reprezentacji Brazylii w latach 1994-2002, nakręciły spiralę zainteresowania Brazylijczykami oraz tańszymi na rynku piłkarzami z krajów sąsiednich. Paulo Sergio Rink nawet pojechał jako reprezentant Niemiec na Euro 2000.

Jeśli Bayern na początku wieku mógł wydać fortunę na nastoletnich Paolo Guerrero z Peru, Roque Santa Cruza z Paragwaju czy nieco starszego Julio Dos Santosa to znaczy, że Bundesliga otworzyła się wówczas na dobre na Latynosów, a wspominanie Zeze, któremu przeszkadzał śnieg, straciło rację bytu.

Przecież Hoffenheim najlepsze pieniądze zarobiło na kupionych w wieku 20 lat Brazylijczykach – Carlosie Eduardo i Roberto Firmino. Dede po 13 latach gry w Dortmundzie stał się legendą klubu, w barwach którego królem strzelców Bundesligi został Marcio Amoroso.

A Grafite? Nie byłoby sensacyjnego mistrzostwa Niemiec z 2009 gdyby nie fenomenalny sezon Brazylijczyka, a gol strzelony piętą przeciw Bayernowi był akcją sezonu!
W tamtym czasie świetny był Werder z Naldo i Diego, Lucio i Ze Roberto brylowali w Bayerze, potem Bayernie, a jeszcze był Argentyńczyk Diego Placente, no i to Bayer zainwestował miliony w 20-letniego wtedy Arturo Vidala, znanego później jako “Król Artur”.

Odkąd rynek piłkarski zaczął posługiwać się regułami “prawa Bosmana” Niemcy odkryli, że wcale nie przeszkadza im latynoski chaos, gadatliwość piłkarzy i gwar wnoszony w życie klubów.

Martin Demichelis przez lata był jednym z filarów defensywy Bayernu. Podobał się tak bardzo, że dokupiono mu do towarzystwa Brazylijczyka Breno, ale temu duże pieniądze lecz mało gry prawdopodobnie odebrały rozum. Podpalenie własnego domu? To musiało skończyć się klapą… Nie zmienia to faktu, iż w tamtym czasie w reprezentacji kraju grał już drugi naturalizowany Brazylijczyk, Cacau.

Mała łyżeczka ale zysk duży

Wiecie co charakteryzuje te niemieckie zakupy w Ameryce Południowej? Oszczędny i racjonalny tryb zakupów. Pewnie, że zaraz ktoś może skontrować: a Santa Cruz i Guerrero? Zgoda, Bayern kupił drogo parę młokosów, dodał za trzy sezony Julio Dos Santosa, “przejechał” się na nich solidnie i od tego czasu nie kupił już południowoamerykańskiego gracza prosto z Ameryki.

Znane są bodaj dwa przypadki, kiedy niemieckie kluby zagrały va banque na południowoamerykańskim rynku transferowym:

1. sprawa Andresa D’Alessandro sprzed blisko 20 lat, kiedy to rozpychający się w Bundeslidze nuworysz z Wolfsburga koniecznie chciał dostać wschodzącą gwiazdę z Argentyny, przebijając oferty z Włoch;
2. Carlos Eduardo i kuriozalne podchody szefów TSG Hoffenheim, którym w walce o podpis 20-letniego reprezentanta brazylijskiej młodzieżówki nawet powieka nie drgnęła kiedy wciskali kit, że młokosa zabierają do Hanoweru a nie wioski marzącej o grze w Bundeslidze…

Gdyby prześledzić ruch w drugą stronę to zarobek na wyjeżdżających z Niemiec do Anglii czy Italii bywa imponujący, by wspomnieć o kilkukrotnych “przebiciach” sum zakupu na transferach Firmino do Liverpoolu, Joelintona do Newcastle czy Vidala do Juventusu.

Nawet najdroższe transfery Lucasa Alario z River Plate do Bayeru, czy Paulinha za rekordowe 20 mln euro również do Leverkusen, blado wypadają przy sumach jakie skłonni są płacić za młode talenty Hiszpanie czy Anglicy. Co wskazuje na bardzo racjonalne podejście do południowoamerykańskich zakupów.

Ktoś powie, że Bundesliga dla Latynosów zbyt fizyczna, kontaktowa? Wystarczy wspomnieć o nieprawdopodobnych wynikach wydolnościowych Ze Roberto (miał 38 lat kiedy postanowił wrócić do Brazylii), o 41-letnim, nadal czynnym Claudio Pizarro z Werderu.

Po prostu, Niemcy i Latynosi są od siebie naprawdę solidnie oddaleni. Brazylijczycy będący drugą-trzecią (w zależności od sezonu) najliczniejszą nacją pojawiającą się w Lidze Mistrzów, w Niemczech znajdują dopiero piątą w Europie, a siódmą na świecie najchętniej wybieraną przystań do zawodowego grania w piłkę. W niewielkiej Portugalii gra ich 20 razy więcej!

W obecnej reprezentacji Urugwaju nie gra ani jeden piłkarz z Bundesligi, w Brazylii jeden, w Argentynie dwóch i jeden w Wenezueli. PSG czy Manchester City do południowoamerykańskich reprezentacji same wystawiają więcej zawodników! Ale mimo wszystko mistrzostwa Niemiec cieszą się stale rosnącą popularnością w krajach Ameryki Południowej, w czym wcale niemały udział ma srogie lanie jakie Niemcy fundowali podczas mundiali Argentynie (4:0) i Brazylii (7:1). Kontynentalnych gigantów tak nie demolował nikt z Europy. I kropka.

(Bartłomiej Rabij)

Komentarze