REKLAMA
REKLAMA

Ligowe HAHAHA: 30. kolejka Lotto Ekstraklasy

dodał: Łukasz Pawlik  |  źródło: Goal.pl  |  26.04.2017 09:00
Zdaniem wielu polska piłka to dno, stąd Ligowe HAHAHA. Poza tym lubię się śmiać, bo śmiech to zdrowie, jak to mówią. Wiadomo też, że piłka nożna to najważniejsza sprawa z tych najmniej ważnych, więc można do niej podchodzić z dystansem. W związku z tym po odpięciu pasów po ligowych zmaganiach chciałbym zachęcić Was na zetknięcie się z bezprecedensowymi i nierzadko odważnymi poglądami przedstawionymi w krzywym zwierciadle, a związanymi z ligowymi realiami w naszym kraju. Przygotujcie sobie herbatę, piwko, wino, herbatkę lub co tam chcecie i luknijcie. Czasu nie zmarnujecie, a może i się uśmiechniecie.

EMOCJE SIĘGAŁY ZENITU

Jeśli na stadionie w Kielcach pojawia się komplet publiczności, to wiadomo, że stawka meczu jest duża. Była nią w sobotni wieczór walka o miejsce w grupie mistrzowskiej. Chociaż nie tylko dlatego kibice po brzegi wypełnili Kolporter Arenę. Po tym, jak klub z województwa świętokrzyskiego trafił w ręce nowych władz, te szybko doszły do porozumienia z sympatykami kielczan, więc ich protest został zakończony, a co za tym idzie, trybuny się zapełniły.




Tymczasem na boisku Korona zamierzała przedłużyć serię wygranych meczów na swoim stadionie. Niemniej Bruk-Bet Termalica Nieciecza, który miał podobny cel jak zespół z Kielc, czyli wywalczenie prawa gry w pierwszej ósemce, nie zamierzał ułatwiać sprawy rywalowi. Zwiastowało to zatem bardzo ciekawe widowisko. Jak było? Ogólnie pierwsze fragmenty rywalizacji były bardzo wyrównane. W szeregach gospodarzy wyróżniał się Jacek Kiełb, który raz po raz zatrudniał strzałami golkipera Słoników.

Na gola przyszło czekać wszystkim do drugiej połowy, a na listę strzelców wpisał się Dawid Nowak, który zaliczył swoje drugie trafienie w zaledwie czwartym występie w trakcie trwającej kampanii. O ile pierwszą bramkę zdobył po pięknym uderzeniu z przewrotki, to w boju z kielczanami zabłysnął lisim sprytem i z bliskiej odległości skierował futbolówkę do siatki. Warto zaznaczyć, że napastnik Bruk-Betu Termaliki czekał na swojego pierwszego ligowego gola 36 miesięcy. Gdy już się doczekał, to zamierza spoczywać na laurach.

Ostatecznie górą w sobotnim starciu byli goście. Chociaż kielczanie w ostatnich fragmentach gry skierowali piłkę do siatki rywali dzięki trafieniu Daniela Abalo, ale nie zostało ono uznane, co było jak najbardziej prawidłową decyzją, bo Hiszpan był na pozycji spalonej.




To, co jednak najciekawsze działo się w momencie, gdy plac gry opuszczał Martin Miković. Golkiper kielczan postanowił przyspieszyć zmianę w szeregach rywali i dosłownie wyrzucił zawodnika Pomarańczowych poza plac gry. Golkiperowi bardzo zależało na korzystnym rezultacie.




LUBIŃSKIE SMUTNE ŚWIĘTOWANIE DERBÓW

Dużo sobie obiecywałem przed pierwszym gwizdkiem sędziego w starciu Zagłębia Lubin ze Śląskiem Wrocław. Po pierwsze były to Derby Dolnego Śląska, a po drugie lubinianie wciąż mieli szanse gry w grupie mistrzowskiej w rundzie finałowej Lotto Ekstraklasy. Przedstawiciele wrocławian nie ukrywali, że chcieli pokrzyżować plany Zagłębiu i sztuka ta w końcowym rozrachunku im się udała, bo wywalczyli remis z Miedziowymi. Tym samym lubinianie mogą startować do nagrody na "Nieudaczników Roku".

Pierwszy gol padł po fatalnym błędzie Martina Polacka wykorzystanym przez Piotra Celebana. Zawodnik ekipy z Wrocławia znajdował się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i z bliskiej odległości zaliczył swoje drugie trafienie w trwającej kampanii. Odpowiedź gospodarzy miała miejsce kilka minut później, gdy w pole karne rywali wchodził Arkadiusz Woźniak. Piłkarz lubinian został jednak podcięty przez Adama Kokoszkę. Mimo wszystko sędzia zawodów nie podyktował "jedenastki".

Woźniak ostatecznie postawił na swoim i po uderzeniu z lewej nogi wyrównał stan rywalizacji. Swoje szanse do tego, aby przechylić szalę na zwycięstwo, Zagłębie miało w pierwszej połowie także Kamil Mazek, ale bez efektu. Z kolei po zmianie stron obie ekipy musiały przy fatalnych warunkach atmosferycznych rywalizować ze sobą, co wpłynęło na poziom zawodów. Jednocześnie po raz trzeci z rzędu w starciu z udziałem obu ekip miał miejsce rezultat 1:1. Tym samym będą kolejne Derby Dolnego Śląska w tym sezonie.




KORT SHOW, PORTOWCY W LIGOWEJ ELICIE

Duma Pomorza chcąc zapewnić sobie grę w grupie mistrzowskiej Lotto Ekstraklasy, musiała wywalczyć pełną pulę, nie patrząc na inne wyniki. Zadanie to jednak nie było łatwe, bo do Szczecina przyjechała Lechia Gdańsk, która chciała wygrać w delegacji, co w tym sezonie nie należy do codzienności. Fakt ten jednak sprawiał, że obie ekipy miały o co się bić.

Śledząc losy Lechii w tym sezonie polskiej ekstraklasy, można zadać sobie pytanie, czego tej ekipie brakuje, aby zdobyć mistrzostwo Polski? Skład na pierwszy rzut oka gdańszczanie mają bardzo mocny, stadion piękny, sytuacja finansowa klubu niezła, a ponadto kibice, którzy średnio wypełniają Energa Arenę w liczbie 17 tysięcy widzów. Wygląda zatem na to, że wszystko, co jest potrzebne, a jednak czegoś brakuje...

Czego zatem brakuje? Odpowiedź jest banalna, a jest nią fatalna postawa gdańszczan na wyjazdach. Co z tego, że piłkarze Lechii wymieniają ładnie piłkę i dla oka prezentują ładny futbol, skoro nie ma to przełożenia na wynik końcowy meczu. Z kolei w sobotnim boju z gdańszczanami Pogoń obrała proste środki, którymi były górne piłki i to było panaceum Portowców na wiktorię z Lechią. Wynik rywalizacji został otwarty po centrze z boku boiska, gdy gola po dobitce strzelił Adam Frączczak.

Stracony gol podziałał mobilizująco na ekipę Piotra Nowaka. Następstwem tego było trafienie Milosa Krasicia, któremu asystował Jakub Wawrzyniak. Jednak obchodząca swoje 69 urodziny w sobotnie popołudnie Pogoń nie zamierzała zadowolić się podziałem punktów. Swój popis dał w drugiej części gry Dawid Kort, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, więc trzy punkty został w Szczecinie.




MORDĘGA Z WIELKIM FINAŁEM

Konfrontacja Arki Gdynia z Wisłą Płock była wyjątkowym bojem dla trenera Leszka Ojrzyńskiego, który nie tylko debiutował w roli szkoleniowca teamu z Trójmiasta na stadionie w Gdyni, ale także w sezonie 2007/08 był szkoleniowcem Wisły Płock. Ponadto płocczanie cały czas wierzyli w to, że uda się im wywalczyć miejsce w pierwszej ósemce w tabeli polskiej ekstraklasy po rundzie zasadniczej.

Chociaż obu ekipom zależało na punktach, to ciekawych zawodów z udziałem Arki i Wisły nie widzieliśmy. Mecz był słaby, więc w pamięci na długo nie pozostanie. Ostatecznie starcie zakończyło się rezultatem 1:1, a wynik rywalizacji został ustalony w doliczonym czasie gry, gdy na listę strzelców wpisał się Jose Kante. Chociaż wszystkim w ekipie Nafciarzy wydawało się, że remis wystarczy im do wywalczenia miejsca w grupie mistrzowskiej, to ostatecznie spotkało płocczan rozczarowanie.




KRAKOWIANIE WCIĄŻ Z KOMPLEKSEM LEGII

Legia Warszawa z ambicjami wywalczenia mistrzostwa Polski po wygranym starciu na szczycie polskiej ekstraklasy z Lechem Poznań nieoczekiwanie zremisowała z Koroną Kielce. Na ścieżkę zwycięstw warszawianie mieli wrócić w boju z Cracovią, w której trener jest na gorącym krześle. Niewykluczone, że Jacka Zielińskiego wraz z końcem sezonu jego obowiązki przejmie Waldemar Fornalik, który właśnie pożegnał się z chorzowskim Ruchem.

Miała ekipa ze stolicy Polski Nemanje Nikolicia, a możliwe, że teraz jego rolę przejmie Dominik Nagy, który od pierwszych fragmentów rywalizacji z krakowianami czuł się na placu gry bardzo dobrze. Reprezentant Węgier w pierwszej połowie spotkania wpisał się nawet na listę strzelców. Natomiast gospodarze odpowiedzieli tuż przed przerwę, gdy po rzucie karnym do wyrównania doprowadził Damian Dąbrowski, wykorzystując fatalny błąd Artura Jędrzejczyka.




Z zimowego snu wybudził się w sobotnim starciu również Tomas Necid, który zdobył bramkę na 2:1 dla warszawian. Jednocześnie ekipa ze stolicy Małopolski wciąż ma kompleks Legii, z którą nie potrafi wygrać od powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej. Na dziewięć rozegranych spotkań z Wojskowymi krakowianie przegrali dziewięć razy. Legia z kolei udowodniła, że Jagiellonia Białystok w Pucharze Maja ma się czego obawiać.

RUCH SAMOBÓJCZY

Lech Poznań w roli absolutnego faworyta przystępował do potyczki z Ruchem Chorzów, który z tygodnia na tydzień ma coraz więcej kłopotów. Powszechnie wiadomo, że długi klubu z Górnego Śląska wynoszą aktualnie bagatela 36 milionów złotych, co prezes chorzowskiego klubu potwierdził w programie Piłkarka Trójka emitowanym na antenie TVP Katowice. Ponadto z funkcji szkoleniowca Niebieskich postanowił zrezygnować Waldemar Fornalik, dla którego potyczka z Kolejorzem była ostatnim mecze w roli opiekuna Ruchu.

Od pierwszych minut niespodziewanie więcej z gry mieli goście. Wszystko trwało jednak do czasu. Chociaż w czwartej minucie świetną okazję do zdobycia bramki miał Jarosław Niezgoda, to ostatecznie piłka po strzale napastnika Niebieskich nie wylądowała w siatce. Z kolei chwilę później kolejne trafienie samobójcze zaliczyli chorzowianie. O ile we wcześniejszych meczach taki pech łapał Rafała Grodzickiego, to tym razem swojego bramkarza mocnym uderzeniem głową pokonał Łukasz Surma.

O to, aby do przerwy gospodarze prowadzili 2:0, zatroszczył się Maciej Gajos, który podwyższył prowadzenie lechitów. Wynik lechitów ustalił Darko Jevtić, który wykorzystał fatalne zagranie Michała Helika i niemoc Ruchu na stadionie w stolicy Wielkopolski została podtrzymana. Teraz przed Niebieskimi boje w walce o ligowy byt.

Ciekawostką jest fakt, co zresztą zaznaczył "Waldek King" na pomeczowej konferencji prasowej, że chorzowianie mimo przegranej w Poznaniu awansowali z 15. na 14. pozycję, która daje utrzymanie Niebieskim. Teraz o to, aby taki stan rzeczy się utrzymał, będzie się starał Krzysztof Warzycha, który w gronie członków sztabu szkoleniowego będzie miał między innymi Wojciecha Grzyba. Lech natomiast cały czas ma nadzieje na mistrzowski tytuł.




JAGA MISTRZEM RUNDY ZASADNICZEJ

Jagiellonia Białystok pokonała za sprawą Ciliana Sheridana zespół gliwickiego Piasta, zapewniając sobie pierwsze miejsce w ligowej klasyfikacji po 30. kolejkach rundy zasadniczej. Co więcej, dzięki swojej wygranej białostoczanie zepchnęli do strefy spadkowej Niebiesko-czerwonych, co sprawia, że przed podopiecznymi Dariusza Wdowczyka trudne tygodnie. Nie poprawia tego stanu rzeczy fakt, że kontrakt ostatnio przedłużył Gerard Badia, który w tym roku należy do najmocniejszych ogniw w drużynie.




Jagiellonia to z kolei ekipa, która cały czas robi swoje, a skutecznie presje ze swojej drużyny ściąga szkoleniowiec tego zespołu w osobie Michała Probierza. W sieci pojawiły się nawet głosy, że "Polski Guardiola" jest w zabawach medialnych lepszy od Jose Mourinho, który jest postrzegany za mistrza w tej dziedzinie. Skąd takie głosy? Ano stąd, że w momencie, gdy trener Jagiellonia stwierdził, że faworytem rozgrywek jest Lechia Gdańska, to ta zaczęła przegrywać. Następnie mnóstwo pochwał Probierz skierował w kierunku poznańskiego Lecha. Team z Wielkopolski też sobie nie poradził. Tylko czekać, kiedy padnie na Legię...

Na konferencji prasowej opiekun Żółto-czerwonych też bryluje, co potwierdzają słowa na temat majowych starć w ramach Lotto Ekstraklasy, które Probierz ochrzcił "Pucharem Maja". Swego czasu na podobne określenia mógł sobie pozwolić tylko Franciszek Smuda, który Puchar Ekstraklasy nazwał "Pucharem Pasztetowej". Gdzie szkoleniowca Dumy Podlasia zaprowadzi niezwykła jak na polskie warunki medialność? Trudno wskazać. Pewne jest jednak to, że wraz z Probierzem, liga jest o wiele ciekawsza.




SMUDY ZEMSTA NA WIŚLE

Dla szkoleniowca Górnika Łęczna starcie z Wisłą Kraków było powrotem do przeszłości. Wszystko dlatego, że Franciszek Smuda w trakcie swojej kariery trenerskiej trzykrotnie obejmował stery w ekipie z Grodu Kraka. Tym razem stanął po przeciwnej stronie barykady i wygrał. Jednocześnie passa krakowskiej ekipy bez porażki została przerwana.

Bohaterem meczu został Bartosz Śpiączka, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców po stronie gospodarzy. Co ciekawe w trakcie sobotniej potyczki dopisała publiczność zgromadzona na Arenie Lublin. Łącznie widowisko z udziałem łęcznian i zespołu Białej Gwiazdy zgromadziło na trybuny blisko sześć tysięcy widzów, którzy zobaczyli aż cztery gole.




Mimo że obie ekipy były pewne tego, że po ostatnim gwizdku sędziego ich pozycje wyjściowe przed rundą finałową rozgrywek nie ulegną zmianie, to jednak piłkarze Górników i Wisły przekonywali, że walczą o pełną pulę. Łęcznianie dzięki wiktorii sprawili, że w ich zasięgu jest aktualnie nawet jedenasty w tabeli Śląsk Wrocław, do którego Grzegorz Bonin i spółka tracą obecnie tylko trzy punkty. Wiślacy tymczasem zamierzają w rundzie finałowej bić się o europuchary. Pierwsza weryfikacja będzie miała miejsce już w trakcie najbliższego weekendu, gdy krakowski team zmierzy się w stolicy Polski z Legią Warszawa. Będzie się działo.

TABELA LOTTO EKSTRAKLASY PO 30 KOLEJKACH







PS Jeśli ktoś chce podyskutować z autorem, to warto zajrzeć TUTAJ.


OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 0 komentarzy

sortowanie: rosnąco | malejąco
12.08 09:37
11.08 19:51
11.08 16:36
11.08 16:00