REKLAMA
REKLAMA

Ligowe HAHAHA: 28. kolejka Lotto Ekstraklasy

dodał: Łukasz Pawlik  |  źródło: Goal.pl  |  12.04.2017 15:00
Zdaniem wielu polska piłka to dno, stąd Ligowe HAHAHA. Poza tym lubię się śmiać, bo śmiech to zdrowie, jak to mówią. Wiadomo też, że piłka nożna to najważniejsza sprawa z tych najmniej ważnych, więc można do niej podchodzić z dystansem. W związku z tym po odpięciu pasów po ligowych zmaganiach chciałbym zachęcić Was na zetknięcie się z bezprecedensowymi i nierzadko odważnymi poglądami przedstawionymi w krzywym zwierciadle, a związanymi z ligowymi realiami w naszym kraju. Przygotujcie sobie herbatę, piwko, wino, herbatkę lub co tam chcecie i luknijcie. Czasu nie zmarnujecie, a może i się uśmiechniecie.

CRACOVIA SKORZYSTAŁA Z KOŁA RATUNKOWEGO

Trudne czasy spotkały w ostatnim czasie Cracovię. Ekipa ze stolicy Małopolski przed meczami 28. kolejki polskiej ekstraklasy notowała serię ośmiu spotkań bez zwycięstwa, a następstwem takiego stanu rzeczy było to, że podopieczni Jacka Zielińskiego znaleźli się w strefie spadkowej. Nie przejmował się tym jednak właściciel Pasów profesor Janusz Filipak, który w tygodniu poprzedzającym starcie ze Śląskiem Wrocław zadeklarował, że jeśli Cracovia spadnie z Lotto Ekstraklasy, to żaden piłkarz mający umowę z klubem, nie opuści drużyny. Tym samym zawodnicy otrzymają szansę na rehabilitację, aby po ewentualnym spadku odpokutować swoje winy.

Trzeba przyznać, że jak na razie walka krakowskiego zespołu o utrzymanie przypomina delikwenta ściganego listem gończym przez policjantów. Niby ucieka, ale prędzej, czy później ręka sprawiedliwości go dopadnie. Pięć starć w roli gospodarza poprzedzających bój z WKS-em ekipa z Grodu Kraka za każdym kończyła remisem. Co więcej, każdy z przypadków kończył się tak samo, czyli były to rezultaty 1:1. Pasa taka trwała od czwartego grudnia minionego roku aż do siódmego kwietnia roku 2017. Dziwne to, bo krakowianie mają duży potencjał, jeśli chodzi o skład drużyny. Wszystko jednak wskazuje na to, że w głowach zawodników zawitał chaos.

Niemniej piątkowy mecz zaczął się szczęśliwie dla Cracovii. Znaczna w tym zasługa Mariusza Pawełka, który wykonał typowego "pawełka". Sam nie wiem, co golkiper chciał zrobić, wychodząc na ósmy metr pola karnego przy dośrodkowaniu z rzutu wolnego. Jak zauważyli internauci, wykonał pierwszorzędnego pajacyka, którego nie powstydziłby się żaden przedszkolak. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego spekulowano, że zawodnikom Cracovii brakuje pewności. Z kolei przykładem na to, że w szeregach wrocławian był gracz mający z tym problem, objawił się w pierwszym kwadransie rywalizacji.




Jedno trafienie Piotra Polczaka wystarczyło, aby szkoleniowiec krakowskiego zespołu mógł celebrować radość. Przerwana fatalna passa Cracovii z zagubionym Śląskiem po dobrych zawodach sprawiły, że w końcu team spod Wawelu odniósł swoje szóste zwycięstwo w trwającej kampanii. Do ostatniej kolejki zapowiadają się zatem niezwykłe emocje związane z walką o utrzymanie ligowego bytu, bo zespół, który zaczął sezon występami w europejskich pucharach, jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Wrocławianie z kolei przegrali, ale też się osłabili. W sobotę nie zagra wykartkowany Ryota Morioka, a kontuzji doznał Juan Roman.




IRISH POWER

Często zdarza się w spotkaniach ligi polskiej, że przypominają one piłkarskie szachy. W przypadku potyczki Zagłębia Lubin z Jagiellonią Białystok nic takiego nie miało miejsca. Obie ekipy wyszły na plac gry z chęcią odniesienia zwycięstwa i było to widać od pierwszych fragmentów rywalizacji, co mogło się podobać. Używając terminologii znanej z pięściarstwa Zagłębie i Jagiellonia poszły na wymianę ciosów, której nie powstydziliby się Mike Tyson i Evander Holyfield. Co prawda żaden z zawodników nie miał odgryzionego kawałka ucha, ale i tak było ciekawie.

Lubinianie robili, co w ich mocy, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. W piątkowy wieczór strzelili trzy gole, co w tym roku nie udało im się jeszcze ani razu. Dość powiedzieć, że podopieczni Piotra Stokowca w 2017 roku, jeśli już zdobywali bramki, to jedną w spotkaniu. Progres w przypadku Miedziowych był zatem widoczny. Pecha mieli jednak piłkarze teamu z Dolnego Śląska, że ich rywale zaliczyli cztery trafienia. Ponadto w ekipie z Podlasia był ktoś taki jak Cilian Sheridan, któremu w boju z Miedziowymi wychodziło wszystko. Potrafił uderzyć z powietrza, wygrywał pojedynki, a jak trzeba było, to zaliczył asystę.

Wielu mówiło, że Jagiellonia to przede wszystkim Konstantin Vassiljev. W piątkowym starciu Estończyka zabrakło w ekipie z  Białegostoku, ale nie przeszkodziło to Jadze w odniesieniu zwycięstwa. Tym samym zespół z Podlasia utrzymał pozycję lidera rozgrywek. To, co trzeba zaznaczyć, to świetne roszady w składzie przeprowadzone w trakcie spotkania przez opiekuna Jagiellonii Michała Probierza. Arvydas Novikovas ustalił wynik rywalizacji na 4:3. Dzięki tej porażce lubinianie wciąż nie mogą być pewni gry w grupie mistrzowskiej, a na ligowe zwycięstwo czekają od siódmego marca i boju z Górnikiem Łęczna.

W kontekście Irlandczyka z Jagiellonii warto zatrzymać się na nieco dłużej. Bardzo możliwe, że w klubie z Białegostoku posiada ktoś zmysł węchu nie gorszy niż ten, którym chwali się raz po raz trener Franciszek Smuda. Sheridan jak dotąd wystąpił w polskiej ekstraklasie w czterech meczach i ma już cztery strzelone gole. To się nazywa wzmocnić zespół. Nie ma mowy o żadnej aklimatyzacji. Zawodnik trafił do Jagiellonii i natychmiast wpłynął na poprawę jakości drużyny z Podlasia. Ciekawe jak długo irlandzki power będzie raczył kibiców żółto-czerwonych swoją grą. Kto wie, czy właśnie taki napastnik nie przydałby się dzisiaj... warszawskiej Legii.




CÓŻ ZA POŚCIG

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Górnik Łęczna przypomina ostatnio bydgoskiego Zawiszę z sezonu, w którym ekipa dowodzona przez Mariusza Rumaka spadła z ligi. Podobnie jak w Zawiszy, tak i na Lubelszczyźnie właściciele klubu mają kłopot z kibicami, którzy niechętnie wybierają się na spotkania Zielono-czarnych na piękną arenę w Lublinie. Co prawda wątki są inne, to jednak pustka na trybunach w meczach z udziałem obu ekip w roli gospodarza jest bardzo podobna. Chociaż gra zespołów momentami  mogła się podobać.

Franciszek Smuda od momentu, gdy trafił do ekipy Górników, podjął już kilka nieszablonowych decyzji. Paweł Sasin został defensywnym pomocnikiem. Aczkolwiek prawdziwym strzałem w dziesiątkę było przekwalifikowanie Przemysława Pitrego z napastnika w środkowego obrońcę. Sami zawodnicy nie wybrzydzają i grają, ale najważniejsze, że wpływa to korzystnie na postawę zespołu. Czy takie decyzje zdecydują o utrzymaniu łęcznian? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest jednak, że zarówno Pitry, jak i Sasin przeżywają teraz piłkarską reinkarnację.

Nafciarze do swojego sobotniego spotkania toczonego w prawdziwie wiosennej scenerii podeszli dokładnie w takim samym zestawieniu, w jakim zagrali przeciwko Cracovii, wygrywając wówczas 4:1. Pierwsze połowa nie ułożyła się jednak po myśli gości. Na otwarcie wyniku rywalizacji czekaliśmy tylko cztery minuty. Strzałem głową popisał się były zawodnik GieKSy Katowice w osobie Pitergo i łęcznianie prowadzili 1:0. Jeszcze przed przerwą gospodarze podwyższyli swoje prowadzenie za sprawą Piotra Grzelczaka, który wykorzystał kolejny błąd źle dysponowanego Seweryna Kiełpina.




Śp. Kazimierz Górski mówił kiedyś, że dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe. Zgodnie z tą zasadą płocczanie mimo niekorzystnego wyniku zdołali odrobić straty i ostatecznie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Chociaż łęcznianie w pierwszej połowie męczyli się jak aktorzy filmów porno przy dialogach, to nic to nie dało. Górnik zaliczył podróż z nieba do piekła i aktualnie ma cztery punkty straty do bezpiecznej pozycji.

RZEŹ PO SZCZECIŃSKU

Przed pierwszym gwizdkiem arbitra zarówno trener Kazimierz Moskal, jak i jego vis a vis w osobie Grzegorza Nicińskiego nie mogli być pewni swoich posad. Pierwszy wraz z Pogonią Szczecin notował serię ośmiu meczów bez zwycięstwa. Z kolei gdynianie notowali niechlubną passę kolejnych porażek. Jednocześnie wszystko wskazywało na to, że bój Portowców z ekipą z Trójmiasta będzie konfrontacją na przełamanie i tak w rzeczywistości było. W każdym razie nikt nie spodziewał się tego, że Pogoń sprawi takie lanie Arkowcom.

Kluczem do zwycięstwa gospodarzy był Spas Delev, który w starciu z Arką był tak silny, że prawdopodobnie nawet jakby zderzył się z czołgiem, to nie zrobiłoby to na nim wrażenia. Szczecinianie koniec końców wygrali 5:1. Gdynianie w boju z Pogonią zaliczyli pierwsze od 1979 roku trafienia w starciu z Portowcami w Ekstraklasie. W żadnym stopniu nie ma to jednak wpływu na to, że poziom frustracji w szeregach kibiców gdynian spadł. Konsekwencje porażki Arki były takie, że gilotyna ścięła głowę trenera, a jego miejsce zajął Leszek Ojrzyński, który ma być strażakiem, który ugasi gdyński pożar.




WISŁY CIĄG NA PUCHARY

Można psioczyć na aktualną formułę rozgrywek Lotto Ekstraklasy związaną z ESA 37. Jednak jestem przekonany, że gdyby nie ona, większość zespołów nie rywalizowałaby o zwycięstwo do ostatnich fragmentów rywalizacji tak, jak zrobiła to ostatnio krakowska Wisła. Podopieczni Kiko Ramireza są w ostatnim czasie w niesamowitym gazie, ale nie jest to dziełem przypadku. Gra może nie jest jeszcze najładniejsza, jak to było za czasów, gdy szeregi krakowskiej ekipy reprezentowali: Kalu Uche, Kamil Kosowski, czy Maciej Żurawski. Jednak jest w  światełko w tunelu, że może być lepiej. Ważne, że krakowianie nie odpuszczają i walczą do końca.

Do potyczki z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza team ze stolicy Małopolski przystępowali w roli faworyta. Niecieczanie notowali serię spotkań bez zwycięstwa, z kolei zespół Białej Gwiazdy był na fali wznoszącej. Chociaż gra w delegacji to nie jest to, co Wisła lubi. Jednak krok po kroku można przypuszczać, że i pod tym względem będzie lepiej. Jest kilka czynników, które pozwalają myśleć pozytywnie na temat przyszłości Wisły. Są to zawodnicy, a dokładniej Tomasz Cywka i Petar Brlek, którzy są w dobrej dyspozycji.

Życie weryfikuje warsztat trenerski hiszpańskiego opiekuna Wisły i można powiedzieć, że stoi on na wysokim poziomie. Z pewnością sprowadzenie Ramireza pod Wawel nie było szkodą dla klubu. Wielu zawodników pod skrzydłami Hiszpana odbudowało się, a ponadto w zespole panuje świetna atmosfera, o czym może świadczyć fakt, że ściągani z boiska piłkarze nie prezentują żadnych młodzieńczych fochów i w pełni zgadzają się z decyzjami swojego szefa, który kieruje się zasadą, aby przede wszystkim nie szkodzić drużynie. Wisła to obecnie zespół solidny jak drzwi kościelne, ale będzie na pewno lepiej, bo cele klubu sięgają wyżej.




Co z kolei ze Słoniami? Najkrócej można by powiedzieć, że są wolni jak taczka z kapustą i poruszają się po boisku jak pomnik na glinianych nogach. To byłoby jednak uproszczenie. Ekipa spod Tarnowa płaci obecne frycowe za decyzje władz klubu, zwalniających trenera Czesława Michniewicza, nie mając planu awaryjnego. Tego w Bruk-Becie Termalice nie widać już od kilku tygodni, a zegar wciąż tyka. Konsekwencją niezrozumiałej dla wielu decyzji sterników klubu z małej wsi może być gra w grupie spadkowej, co byłoby katastrofą, biorąc pod uwagę, że przez większość sezonu niecieczanie byli w pierwszej ósemce.

GOLE JAK PRZEZ KALKĘ

Lechia Gdańsk to drużyna bijąca się podobnie jak w poprzedniej kampanii o najwyższe lokaty w tabeli ligi polskiej. Z kolei Piast Gliwice będący aktualnie wicemistrzem Polski błąka się w drugiej połówce ligowej klasyfikacji, broniąc się przed spadkiem. Mimo wszystko pierwszy niedzielny mecz z udziałem obu ekip zapowiadał się atrakcyjnie. Przyczynić się do tego miał tercet pochodzący z Półwyspu Iberyjskiego składający się z braci Paixao oraz Gerarda Badii. Chociaż w powszechnej opinii Hiszpanie za bardzo nie przepadają za Portugalczykami, to tak pogodnie nastawione do życia osoby, jak wymieniona trójka, były zaprzeczeniem tej tezy.

Pierwszy gol padł po trafieniu gospodarzy, a na listę strzelców wpisał się Aleksandar Sedlar. Piastunki z prowadzenia cieszyły się jednak tylko chwilę, bo szybko do wyrównania doprowadził Mario Maloca. Tym samym na dwóch trafieniach zakończyło się strzelanie, co można traktować jako niespodziankę. Wszak gliwiczanie to jedna z tych drużyn w polskiej ekstraklasie, która ma jedną z najgorszych formacji defensywnych w całych rozgrywkach, co wyraźnie pokazują statystyki. Wszystko jednak wskazuje na to, że pod batutą Dariusza Wdowczyka ta formacja powoli wraca na odpowiednie tory i nastają lepsze czasy dla Piasta.




To, co może być dobrym prognostykiem na przyszłość dla kibiców Lechii, to świetna postawa w ostatnim czasie Rafała Wolskiego. Pomocnik gdańszczan przypomina tego zawodnika, który swego czasu brylował w Wiśle Kraków. Wie, kiedy zatrzymać piłkę, świetnie prowadzi grę drugiej linii, a ponadto popisuje się świetnymi podaniami, z których jednak nie potrafią w pełni korzystać jego koledzy z zespołu. To, co uległo poprawie w grze Wolskiego względem występów w ekipie z Krakowa, to większa chęć na oddawanie strzałów. Kto wie, czy przy ciągłym progresie w grze, zawodnik nie trafi do reprezentacyjnego notesu selekcjonera Adama Nawałki.

SZMATUŁA SHOW W GLIWICACH




REKLAMA POLSKIEJ EKSTRAKLAS PRZED DUŻE R

Spotkaniem przyciągającym największą uwagę wszystkich postronnych obserwatorów 28. kolejki polskiej ekstraklasy była z kolei potyczka Lecha Poznań z Legią Warszawa. Obie ekipy nie ukrywają swoich ambicji związanych ze zdobyciem mistrzostwa Polski i w trakcie niedzielnej potyczki było to widać na obiekcie przy ulicy Bułgarskiej. Sytuacji strzeleckich nie brakowało, kibice na trybunach dopisali, a ponadto emocje towarzyszyły wszystkim do ostatnich fragmentów meczu. Ostatecznie plac gry na tarczy opuścili lechici, przegrywając z warszawianami rzutem na taśmę.

Gdy w 82. minucie Tomasz Kędziora zdobył bramkę na wagę prowadzenia Lecha z Wojskowymi, wielu przypuszczało, że będzie to gol na wagę zwycięstwa poznaniaków. Nic bardziej mylnego. Podopieczni Jacka Magiera wzięli przykład z krakowskiej Wisły i podobnie jak team spod Wawelu walczyli do końca o zwycięstwo. Ostatecznie to się opłaciło legionistom, którzy pokonali team z Wielkopolski 2:1. Co gorsze, poznaniacy są bez ligowej wygranej od trzech spotkań. Tymczasem warszawianie mają 16 wygranych spotkań w lidze w tym sezonie, a co za tym idzie, mają tylko jeden punkt mniej od Jagiellonii Białystok w tabeli Lotto Ekstraklasy.




Zawodnikiem, nad którego postawą należy się pochylić, jest z kolei Kasper Hamalainen. Chyba w najgorszych koszmarach nie śniło się kibicom Lecha, że fiński zawodnik zdecyduje o wygranej Legii w starciu z ich ukochanym zespołu, a co więcej, zrobi to w doliczonym czasie gry, nie dając praktycznie szans na odpowiedź swojemu byłemu zespołowi. Co ciekawe autor decydującego trafienia po raz drugi wpisał się na listę strzelców w boju z Lechem i ponownie przyczynił się do tego, dokonując tego w końcowych fragmentach rywalizacji. Kiedyś pupil lechitów, a dzisiaj ich koszmar.




PRZYBECKI JAK BŁASZCZYKOWSKI Z PUDŁEM WSZECHCZASÓW

Batalia kieleckiej Korony z Ruchem Chorzów była toczona pod znakiem przejęcia klubu z województwa świętokrzyskiego przez nowego właściciela. Ponadto ekipa Macieja Bartoszka zamierzała kontynuować passę kolejnych meczów bez porażki na swoim obiekcie. Z kolei chorzowianie liczyli, że szczęśliwy dla niech teren w Kielcach znowu pozwoli im cieszyć się z pełnej puli. Ostatecznie jednak z placu gry na tarczy schodzili właśnie podopieczni Waldemara Fornalika, dla którego jubileusz 300. spotkania w Ekstraklasie nie okazał się szczęśliwy, bo Ruch zaliczył czternastą porażkę w sezonie.

Po zakończeniu spotkania nie mówiło się jednak tyle o strzelcu samobójczego gola Rafale Grodzickim, co o Miłoszu Przybeckim. Skrzydłowych chorzowian dokonał czegoś, co wydaje się nieprawdopodobne i tylko w futbolu mogą pisać się takie scenariusze. Piłkarz chorzowskiej ekipy, mając przed sobą pustą bramkę, trafił w słupek, co względem strajku, który był szeregach Niebieskich, miało charakter niezwykle dowcipny. To jak w starciu z Koroną zastrajkował zawodnik teamu z Górnego Śląska, na długo pozostanie w pamięci kibiców Ruchu, ale świetna była także reakcja opiekuna chorzowian po całej sytuacji.







O ile z kuriozalnego zagrania zapamiętany zostanie Przybecki, to kapitalne zawody rozgrywał w poniedziałkowe popołudnie Libor Hrdlicka broniący bramki przedstawicieli 14-krotnych mistrzów Polski. Słowak robił, co w jego mocy, aby nie dać się pokonać, ale ostatecznie musiał wyciągać piłkę z siatki. Hrdlicka po serii prób kielczan ostatecznie przegrał pojedynek jak śnieżny bałwan na pustyni. Mimo że ręka golkipera ekipy z Chorzowa była szybsza niż ręka kieszonkowca w wypełnionym po brzegi tramwaju. Na nic się to jednak zdało, bo Korona odniosła swoje dwunaste zwycięstwo i wciąż ma szanse na grupę mistrzowską.

TABELA LOTTO EKSTRAKLASY PO 28 KOLEJKACH




PS Jeśli ktoś chce podyskutować z autorem, to warto zajrzeć TUTAJ.


OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 0 komentarzy

sortowanie: rosnąco | malejąco
12.08 09:37
11.08 19:51
11.08 16:36
11.08 16:00